czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział X



Czerwiec, 1982r.
- Kochanie, nie możesz do mleka wsypywać kukurydzy – Rosalie odłożyła trzymany w ręku nóż i podeszła do stojącej na krzesełku i trzymającej rączki na blacie Hermiony. Dziewczynka przygryzła delikatnie język tak, że wydostawał się poza wargi, a także zmarszczyła czoło, patrząc na ciotkę ze zdziwieniem.
- Ciałam zrobić popcorn – zawiesiła smutno głowę. – Mama wzuca kukurydzę i zawse robi taki biały – dodała z inteligentną miną.
   Rosalie uśmiechnęła się ciepło i wzięła bratanicę na ręce. Oparła ją na lewym udzie i wyciągnęła z lodówki pełny kartonik z mlekiem.
- Chcesz kakao?
- Tak! – szatynka ożywiła się, tuląc ciotkę. Kobieta pokręciła głową z szerokim uśmiechem. Uwielbiała tą małą! Jej synek był starszy, więc jego pomysły zaczynały omijać pewne bariery, natomiast Hermiona, uwielbiająca zawsze wszystko wiedzieć, dokonywała rozbrajających odkryć.
   Rosalie wylała mleko do garnka i położyła na zapalonym wcześniej palniku. Hermiona przyglądała się jej poczynaniom z delikatnie rozchylonymi usteczkami.
- Gdy będzie gotowe – szatynka pocałowała bratanicę w czoło – to ci przyniosę. Tymczasem może chciałabyś obejrzeć jakąś bajkę?
- Smerfy! – klasnęła w dłonie. – Cy mogę?
- Nie jestem do końca pewna, czy Tom ma kasetę ze „Smerfami” – Rosalie zaśmiała się, gdy zauważyła, że na wzmiankę o swoim synku Hermiona zmarszczyła czoło i drgnęła na jej rękach. Chciała, żeby rodzina żyła w zgodzie przez wzgląd na fakt, że nie liczyła zbyt wielu członków, jednak urocza rywalizacja dwójki najmłodszych jej przedstawicieli wywoływała na jej twarzy jedynie uśmiech.
- Ja mam w domku – oznajmiła z dumną miną.
   Szatynka położyła dziewczynkę na fotelu, a sama pochyliła się nad szafą i odsunęła szufladę. Znajdowała się w niej pokaźna kolekcja filmów i bajek zarówno tych kupionych w sklepie, jak i nagranych na czyste kasety. Ze skupieniem odczytywała tytuły z grzbietów, by móc na końcu uśmiechnąć się.
- To twój szczęśliwy dzień, kochanie. Mamy „Smerfy”.
   Hermiona zamachała wesoło nóżkami. Uwielbiała „Smerfy”, odkąd tylko mama po raz pierwszy włączyła jej tę cudowną bajkę! Oczywiście miała również innych faworytów, jednak czas spędzony przed telewizorem w otoczeniu zabawnych niebieskich przyjaciół uważała za doskonale zagospodarowany.
 Gdy na ekranie pojawiły się pierwsze postacie, a po pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk piosenki rozpoczynającej bajkę, Hermiona włączyła się i próbowała niemal przekrzyczeć twórców.
   Rosalie zostawiła bratanicę w pokoju i wróciła do kuchni. W ostatniej chwili, bo mleko zdążyło się już podnieść i gdyby nie szybka interwencja to wydostałoby się z garnka. Wyciągnęła z szafy kubeczek i wlała do niego mleka, a także dosypała kakao. Odłożyła pragnąc, aby wystygło. Postanowiła w tym czasie zrobić dziewczynce kanapki z dżemem truskawkowym, który mała uwielbiała.
   Kilka minut później weszła do salonu i z rozbawieniem utkwiła spojrzenie w bratanicy, która tańczyła przed telewizorem, naśladując jednego z bohaterów.
- Balerino, chyba czas na krótką przerwę w treningu.
   Hermiona uśmiechnęła się, siadając przed ławą, na której Rosalie położyła jedzenie.
   Kończyła już drugą kanapeczkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Dziewczynka nie zwróciła na nie najmniejszej uwagi, gdyż całkowicie skupiła ją na próbach obgryzienia skórki od chleba z najmniejszą szkodą dla siebie samej. Jej buźka ozdobiona była czerwonymi plamami od dżemu, jednak makijaż tego typu nie przeszkadzał jej w najmniejszym stopniu.
    Rosalie wyszła z salonu, zostawiając Hermionę samą. Brązowooka odłożyła skórki od chleba i upiła łyk kakao. Cudowny smak! Spośród wszystkiego, co dotychczas piła, tylko kakao uwielbiała. No dobrze, w parze z sokiem pomarańczowym.
   Z błogą miną zajęła wcześniejsze miejsce, jednak po chwili zacisnęła usta w kreseczkę, z oburzeniem uderzając piąstką o fotel. Ciocia zatrzymała bajkę! Jednak jako osoba znająca się na nowoczesnej technologii uważała, że uda jej się samej naprawić drobny problem. Nie mogła bowiem wołać cioci – mama zabraniała przeszkadzania dorosłym w konwersacji.
   Wszystko byłoby dobrze, gdyby na wideo nie znajdowały się aż… Hermiona paluszkiem dotykała każdego, dobrze doliczając się czterech przycisków. Czterech! Byłaby już prawie złamała daną obietnicę mamie – dotyczącą oczywiście nie przerywania dorosłym – ale w porę sobie przypomniała, że jeden trójkącik i dwie kreseczki były tym, co powinno znajdować się na przycisku. Z uśmiechem włączyła więc bajkę i usiadła przed telewizorem, podpierając główkę na dłoni.
   Miała właśnie krzyknąć „zostaw go, Klakier!” kiedy to ciocia ją ubiegła wrzaskiem. Hermiona zacisnęła dłonie w piąski, marszcząc czoło z niesmakiem. W porę się jednak opamiętała – mama zawsze powtarzała, że ciocia jest spokojną osobą. A przecież spokojne osoby chyba nie krzyczą?
   Wyszła z salonu i schowała się za ścianą tak, aby widzieć dziwnie ubranych dwóch mężczyzn ze smutnymi minami i ciocię, która… płakała.
- Co jej zrobiliscie?! – Hermiona poczuła, że jest odpowiedzialna za ciocię. Podbiegła do mężczyzn i posłała im zaciekawione, ale jednocześnie obrażone spojrzenie. Poprzez dziwne ubranie rozumiała ciemny kombinezon z dziwnymi paskami i jakimś napisem, którego szatynka nie była jeszcze w stanie rozczytać, gdyż mama nauczyła ją tylko trzech literek – O, L, I. Co prawda wszystkie znajdowały się na ich ubraniach, ale nie wiedziała co dokładniej oznaczały.
   Rosalie zaniosła się jeszcze głośniejszym płaczem. Przykucnęła, gestem dając do zrozumienia, aby Hermiona ją przytuliła. Trzyletnia dziewczynka patrzyła cały czas na mężczyzn, którzy co prawda nie wykazywali wrogiego zachowania, ale… dlaczego ciocia płakała? Musiał istnieć przecież jakiś powód.
- Mama mówi mi zawse, że nie powinno się tracić casu na płac.
- Kochanie – ciocia rozpłakała się jeszcze bardziej, o ile to było możliwe. Hermiona posłusznie wtuliła się w ciało ciotki.
   Nie miała pojęcia o tragedii, której stała się ofiarą.

~*~*~*~

Maj, 2005r.
   Słońce dzięki swojej niebanalnej sile przebicia zapanowało całkowicie nad sklepieniem niebieskim, eliminując przeszkody, które mogłyby w jakikolwiek sposób przyćmić jego blask. Chmury więc nie miały nawet odwagi się pojawić, a nawet wiatr, pozornie niezwiązany z niebem, postanowił poddać się i odsunąć w cień. Szykował bowiem siły na wieczór, na który to przygotował porozumienie z burzą i deszczem.
   Niedziela od zawsze była jednym z najbardziej lubianych dni w tygodniu, w szczególności dla zakopanej w pościeli brązowookiej szatynki, która ignorując błagalne wołanie budzika, bezczelnie spała. Urządzenie ze wszystkich sił starało się zrzucić ją z łóżka, jednakże nie miało zbyt wielkiej mocy i żałośnie wyło łudząc się, że uda mu się osiągnąć cel. Po kilku sekundach jednak rozbrzmiał się dźwięk komórki, który to wypchnął dziewczynę z łóżka.

~*~

- Ginny, czemu o tej godzinie mnie budzisz? – rozmasowałam obolałe udo. Zaplątywanie się w kołdrę nie było często moim udziałem, jednakże każdemu mogło się zdarzyć. Prawda?
- Jakoś tak smutno mi się zrobiło… - powiedziała zadziwiająco cicho. – Pomyślałam, że może chciałabyś wpaść do mnie na całą niedzielę? Ponudzimy się razem, bo chyba nie masz planów?
- Dziewczyno, jest ósma rano!
- Wiem! – nie musiałam stać przed przyjaciółką, aby dowiedzieć się jak wyglądała w tamtym momencie. Jej usta najpewniej ułożyły się w poziomą kreseczkę, a zmarszczone czoło dodawało zabawnego uroku. – Kto jak kto, ale sądziłam, że akurat ty jesteś rannym ptaszkiem.
- Nie dzisiaj – westchnęłam, próbując jedną ręką pościelić łóżko. Po chwili otworzyłam delikatnie usta, bowiem dotarł do mnie sens słów przyjaciółki. – Zaraz, zaraz. Skąd wiesz, że nie mam planów na dzisiaj?
- A masz?! – krzyknęła z rozbawieniem.
   Przez chwilę nic nie odpowiadałam, co wystarczyło rudowłosej, aby wyciągnąć wnioski.
- Słuchaj, Harry szykuje się do rozgrywek, a poza tym to za cztery dni wyjeżdżają do Berlina, a ja jestem taka biedna, sama... w wielkim, pustym domu. Zgredek przechodzi bunt wieku młodzieńczego i w ogóle nie chce mnie słuchać… uratuj biedną kobietę z opresji! Jesteś moją jedyną nadzieją.
- No dobra – zaśmiałam się. Pomimo wieku Ginny była zadziwiająco dziecinna. Nie tylko ona. – Za dwie godziny będę u ciebie. Załóż ładna letnią sukienkę!
- Dlaczego akurat sukienkę?
- Skoro zapraszasz mnie na randkę to chyba nie sądzisz, że możesz przyjść w byle czym?

~*~

   Szczerze mówiąc sama nie wiedziałam dlaczego zaproponowałam Ginny, by ubrała sukienkę. Sama nie miałam ich zbyt wiele, niezależnie od ich przeznaczenia. Letnią miałam tylko jedną, jednak – na całe szczęście – pogoda pozwalała na ubranie białej, rozkloszowanej sukienki na grubych ramiączkach, ozdobionej całkowicie pięknymi kwiatami.
   Kiedy spojrzałam w lustro spostrzegłam, że kompletnie nie przypominałam siebie, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Mój styl był nieco bardziej praktyczny, natomiast w sukience wyglądałam jak romantyczna dziewczyna wybierająca się na spacer po plaży z ukochanym. Wzruszyłam jednak ramionami i uśmiechnęłam się, dopełniając romantyczny wizerunek rozpuszczonymi włosami. Nogi wsunęłam w jasnoróżowe baletki i zajrzałam do skrytki z przeróżnymi przedmiotami. Postanowiłam bowiem, że zabiorę Ginny na piknik. Dzień lenistwa należał się w końcu każdemu!
   Znalezienie koszyka nie było taką prostą sprawą, jak mogło się wydawać na początku. Oczywiście w skrytce panował względny porządek, jednak nie pamiętałam, gdzie znajdowały się mniej używane przedmioty.
   Kiedy w końcu znalazłam sporych rozmiarów wiklinowy koszyk, położyłam go na blacie w kuchni i umieściłam w nim serwetkę. Na całe szczęście szafy nie świeciły pustkami, a więc nie miałam problemu ze znalezieniem jedzenia, które można było wziąć.
   Wzięłam również sporych rozmiarów koc i poduszkę – Ginny co prawda w każdej sytuacji zachowywała się jak kompletnie zdrowy człowiek, jednak jej komfort był dla mnie niezwykle ważny.
   Zerknęłam na zegarek. Miałam co prawda jeszcze sporo czasu, jednak zdawałam sobie sprawę, że w weekendy znaczna część londyńskich rodzin zamierzała wyjechać poza miasto, a więc istniała możliwość, że natrafiłabym na potężne korki.
   Niestety, nie pomyliłam się.

~*~

- Myślałam, że ponudzimy się w domu. Kupiłam lody, czekoladę…
- Nie marudź, tylko chodź!
- A co ze Zgredkiem? – Ginny skrzyżowała ręce na piersi i przyjrzała mi się badawczo. – Nie pomyślałaś, prawda?
   Pokręciłam oczami z dezaprobatą.
- Weź smycz. Jedziemy nad jezioro, więc nie będzie najmniejszego problemu, żeby wziąć pieska.
   Ginny zamyśliła się, lecz po chwili kiwnęła głową z zadowoleniem.
- Dobra, ale jak coś to ty go gonisz.
- Nie ma sprawy.

~*~

   Jezioro Riuslip Lido nie należało do największych, jakie w życiu widziałam, jednak doskonale nadawało się do spędzenia tam popołudnia. Blisko wody znajdowało się co prawda mnóstwo ludzi, jednak z rudowłosą ulokowałyśmy się nieco bliżej drzew co gwarantowało nam więcej cienia i większy spokój.
   Nie było na tyle gorąco, aby się kąpać, a woda z pewnością musiała być jeszcze zimna, a mimo to mnóstwo dzieci pluskało się wesoło wraz ze swoimi rodzicami.
   Rozłożyłam koc i pomogłam przyjaciółce usiąść na nim. Miałyśmy pewien problem z przeniesieniem jej wózka, jednak znaczną część drogi pokonałyśmy po wydeptanej wcześniej ścieżce, więc udało nam się osiągnąć cel bez większych poświęceń. Zgredek, o dziwo, był bardzo spokojny i bez smyczy szedł obok, bez zbędnego oddalania się.
- Muszę ci podziękować. Dawno mój dzień nie rokował tak dobrze.
- A widzisz? Jednak czasami mam świetne pomysły – zaśmiałam się, wyjmując z koszyka ciastka. – Chcesz poduszkę? – przypomniałam sobie nagle. – W samochodzie mam, także mogę po nią iść.
- Nie, nie – rudowłosa pokręciła głową z uśmiechem, sięgając po ciastko. – Tak jest idealnie.
   Zajęłam miejsce tuż obok, z rozbawieniem obserwując Zgredka szczekającego na kamień. Małe pieski były cudowne!
- Mama, weś go!
   Odwróciłam się nagle, słysząc krzyk małej dziewczynki. Początkowo myślałam, że stało jej się coś, jednak odetchnęłam z ulgą uświadamiając sobie, że dziecko po prostu uciekało przed swoim bratem, który gonił ją z wiaderkiem pełnym wody.
   I wtedy… Zrobiło mi się smutno i poczułam dziwny uścisk w piersi. Uczucie było tak nieprzyjemne, że musiałam odwrócić wzrok i skupić uwagę na Zgredku, który poczuwał się w obowiązku do ganienia każdego leżącego kamienia.
   Pojawiło się we mnie dziwne pragnienie, pragnienie bycia matką. Oczywiście mając dwadzieścia sześć lat znaczna część kobiet mogła się już cieszyć macierzyństwem, jednak ja nigdy wcześniej nie odczuwałam takiej tęsknoty. Tym bardziej więc zaczęłam się zastanawiać nad przyczyną. Czyżby każdy człowiek w pewnym momencie życia dorastał do takich rozważań?
   Nie tęskniłam za Ronem, nie w tym znaczeniu. Nigdy nie zniszczyłabym szczęścia drugiej osoby tylko po to, aby samej być szczęśliwą. Dotarło jednak do mnie, że gdybym podejmowała inne decyzje to mamą małego Jacoba byłabym ja, a nie Lavender. I trudno było mi powiedzieć, czy żałowałam tego wszystkiego. W pewnym sensie – tak.
- Wyobrażasz sobie, że wybrałam się kiedyś na zakupy z moją mamą i byłyśmy w markecie, a tu nagle podbiega do mnie jakaś blondyneczka na szpilkach dłuższych niż mój palec wskazujący, prosi mnie o autograf i zdjęcie, i żeby tego było mało to jeszcze zostawiła mi swoją wizytówkę mówiąc, że byłaby zaszczycona, gdybyśmy kiedyś wpadli do jej biura turystycznego, bo ma takie fajne oferty… no co?
   Z trudem powstrzymywałam się, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Uważasz, że to było zabawne? – Ginny zmarszczyła czoło. – Ludzie po prostu zaczynają w końcu doceniać, ile znaczę dla tego cudownego kraju. Dzisiaj Londyn, jutro Paryż…
- … a pojutrze Nowy Jork! – dokończyłam z rozbawieniem nasze powiedzonko z licealnych lat. Szczerze powiedziawszy z perspektywy czasu nie potrafiłam dokładniej wskazać jego źródła, jednakże w wielu sytuacjach idealnie pasowało.
- Zobaczysz! Wspomnisz moje słowa – pogroziła mi palcem, ale po chwili posmutniała i odwróciła głowę.
- Czy coś się stało? – zapytałam cicho, klepiąc się po udzie, aby przywołać Zgredka. Piesek zamerdał ogonkiem i przybiegł, kładąc się między nami. Odwrócił się tak, że jego łapki były w powietrzu. – Sugestia: głaszcz mnie i rozpieszczaj.
- Już ja cię porozpieszczam – Ginny zaczęła drapać pieska. Zgredek dyszał wesoło.
- Teraz jak na spowiedzi – nie pozwoliłam uciec od tematu – co się stało?
- Wiesz, nie do końca tak wyobrażałam sobie moje życie.
- A jak je sobie wyobrażałaś?
   Westchnęła.
- Przede wszystkim nie na wózku – pokręciła głową. Zgredek zaczął szczekać, gdyż Ginny odsunęła rękę, ale mimo wszystko nie kontynuowała pieszczot – Harry’ego znaczną część czasu nie ma w domu, a ja czuję się taka bezużyteczna.
- Ginny, co ty… - zamilkłam, widząc jej rozzłoszczone spojrzenie.
- Jestem w stanie zaopiekować się Zgredkiem, bo nie trzeba za nim ciągle biegać. Ale co z dziećmi? Ja…
- Jesteś w ciąży? – zapytałam drżącym z emocji głosem.
- Oczywiście, że nie – zmroziła mnie spojrzeniem. – Nie zaczynamy spraw od końca.
- Jasne. W takim razie…
- Nie sądzisz, że każdy facet marzy o dziecku?
   Wzruszyłam ramionami, czując przyspieszone bicie serca. Nie Ginny, nie każdy facet. Każdy człowiek. Przynajmniej teoretycznie.
- Jasne, wiecznie perfekcyjna pani… panna Granger – pokręciła oczami. – Dziecko mogłoby popsuć twój uporządkowany świat.
- O co ci chodzi? – burknęłam. – Sądzisz, że postrzegam świat w ten sposób, tak? Jesteś w głębokim błędzie! – warknęłam. Nawet Zgredek nieco się przestraszył, gdyż podkulił ogon i usiadł obok Ginny, chowając łebek pod łapkami.
- A więc…
   Przemowę Ginny przerwał dźwięk dzwoniącej komórki. Z rozdrażnieniem zaczęłam przeszukiwać torebkę i zanim z triumfalną miną zdążyłam wyciągnąć przenośne urządzenie, potencjalny rozmówca zdążył się rozłączyć. Zamierzałam dowiedzieć się kim był i oddzwonić, jednak musiał być to pilny telefon, gdyż już po kilku sekundach na wyświetlaczu zauważyłam imię Blaise’a.
- Tak?
- Witam panią, panno Granger. Ma pani dzisiaj wolną chwilę?
- Blaise, skąd ten oficjalny ton? – zaśmiałam się. Starałam się nie patrzeć na Ginny, aby nie psuć sobie humoru. Rozmowa nie została zakończona, a ja tak szybko nie zapominałam o tym, co mówili do mnie ludzie. Tym bardziej, jeśli dyskusje dotyczyły raniących tematów.
- Niedziela, słońce pięknie świeci… otóż uznałem, że należy to w pewien sposób uczcić.
- W jaki sposób?
- Jesteśmy już troszeczkę wyrośnięci, aby chodzić na dyskoteki, ale pomyślałem, że mogłabyś pojechać ze mną do Malfoy’a i go trochę wkurzyć.
- Jestem z Ginny nad jeziorem i…
- Nad jeziorem? Którym?
- Riuslip Lido, ale…
- Zgrywałem się tylko. Chciałem sprawdzić, czy jesteś w domu.
- Mogłeś po prostu przyjechać – zaśmiałam się.
- A ciekawe kto mi odda za paliwo! – jego oburzenie zabrzmiało niezwykle autentycznie. – Ale skoro jesteście nad jeziorem… może przygarnęłybyście biednego mężczyznę pod trzydziestkę, niebieskookiego, niezwykle przystojnego i…
- Daruj sobie – przerwałam jego autoreklamę. – Jeśli musisz to przyjedź, miejsce się znajdzie.
- Jesteś bardzo łaskawa! Wolisz ketchup łagodny czy pikantny?
- Ale… co?
- Pikantny czy łagodny? – zniecierpliwił się.
- Łagodny.
- A Wiewióra?
- Hej! Ile ty masz lat, żeby wyrażać się w taki sposób?
- No jaki?
- Ginny – odwróciłam się do przyjaciółki. Rudowłosa oderwała wzrok od Zgredka i przyjrzała mi się z zainteresowaniem. – Jaki wolisz ketchup?
- Pikantny – powiedziała ostrożnie, marszcząc czoło.
- Ginny woli…
- Wszystko słyszałem! To do zobaczenia!
   Kiedy się rozłączył, otworzyłam usta, nie mając jednak zamiaru nic powiedzieć.
- Chyba będziemy miały dostawę jedzenia.
- Szykuje się grill? – Ginny rozpromieniła się. – Bosko.

~*~

   Istotnie, szykował się grill, choć może się jest tutaj nadużyciem. Oczywiście z Ginny w najmniejszym stopniu nie pomagałyśmy przy jego rozkładaniu, a później nakładaniu kiełbasek, jednakże nie działo się to z naszej winy, a… Malfoy’a!
   Starałam się wydorośleć i chociaż udawać, że nie mam alergii na jego osobę, co mi dość dobrze wychodziło. Oczywiście posyłałam Blaise’owi mordercze spojrzenia, jednak przede wszystkim ze względu na fakt, że nie zostałam uprzedzona o dodatkowym biednym mężczyźnie pod trzydziestkę. Mogłabym się przygotować choć mentalnie na takie spotkanie.
- Nie sądziłam nigdy, że spotkamy się w takim gronie – Ginny, pomimo złych wspomnień wiążących ją z blondynem, wydawała się być radosna. Zgredek, o dziwo, od razu polubił obu mężczyzn i starał się im nawet na psi sposób pomagać przy rozkładaniu małego grilla.
   Zostaliśmy w tym samym miejscu, jednak za sprawą Malfoy’a, który do swojego mercedesa zmieścił chyba wszystkie plastikowe meble ogrodowe jakie posiadał, mogliśmy się poczuć jak na wiejskim grillu. Oczywiście w pewnym momencie zaczął kląć na fakt, że parking nie był aż tak znowu blisko, jednak męska duma nie pozwoliła mu na przyjęcie pomocy z mojej strony.
   Kim ja przecież byłam, by walczyć z tą wyższą siłą?
- A ja marzyłem o dniu, w którym będę mógł z Granger wyjechać na luźne popołudnie. Tylko że w moich wizjach zamiast was była dwójka naszych dzieci – blondyn rozłożył szklanki obok każdego miejsca i odsunął krzesło tak, by Ginny mogła chwilę później na nim usiąść. Blaise schylił się i pomógł mojej przyjaciółce zająć miejsce, natomiast Malfoy w tym czasie położył wszystkie upieczone już kiełbaski na środku stołu.
- On tak zawsze? – usłyszałam szept Ginny tuż przy uchu Blaise’a, który kiwnął głową.
- Słyszałem wszystko – Malfoy uniósł lewą brew i zaśmiał się szczerze. – Kochanie, wolisz taką bardziej spieczoną czy może mniej?
- Malfoy – zmroziłam go wzrokiem, jednak Ginny skutecznie uniemożliwiła mi zachowanie powagi, gdyż wybuchła śmiechem.
- Ona nie potrafi przyjmować komplementów – pokręciła głową. – Zgredek, siad! Nie będziesz jadł przy stole, jesteś tylko pieskiem i obowiązuje tutaj pewna hierarchia! – ganiąc pupila, jej palec wskazujący cały czas drgał.
- Ja nie potrafię przyjmować komplementów? – uniosłam brew, nieświadomie naśladując ulubiony gest Malfoy’a. – Ale mój skarb jeszcze nie zdążył mnie komplementować. Misiu, rozmawiamy już dwadzieścia minut, a ja jeszcze nie słyszałam jak bardzo mnie kochasz – skrzyżowałam ręce na piersi, posyłając zdezorientowanemu Malfoy’owi obrażone spojrzenie. – Obawiam się, że zbyt mocno mnie zaniedbujesz. Mój poprzedni facet „kocham cię” mówił mi co piętnaście, a ty… szkoda gadać.
   Blondyn usiadł obok mnie, cały czas patrząc prosto w oczy. Ginny miała rozbawioną minę, ale w ciszy obserwowała dalszy bieg wydarzeń, natomiast Blaise zajął w tym czasie miejsce tuż obok niej i sam zajął się rozdzielaniem kiełbas. Było ich osiem, a więc każdy miał dostać dwie, jednak wiedziałam, że uda mi się skonsumować tylko jedną.
- Wiesz dobrze, że nie lubię, gdy mnie do niego porównujesz – burknął, nalewając sobie soku.
- Ciągle nic, a czas leci. Tik-tak, tik- tak…
- Nie przy nich – posłał mi znaczące spojrzenie. Nasze twarze były tak blisko, że czym prędzej odwróciłam wzrok. Malfoy zaśmiał się – Nie wiem co urodziło się w tej twojej pięknej główce, ale podoba mi się to. Wyniki mierzę oczywiście w stopniu zaczerwienienia twoich policzków.
- Ja też wolę nie wnikać – Ginny z udawaną bezradnością rozłożyła ręce i nałożyła sobie dwie spieczone kiełbasy. Zostały cztery – dwie spieczone i dwie tylko w delikatnym stopniu.
- To jak się dzielimy?
   Westchnęłam i bez zbędnych słów nałożyłam sobie oba rodzaje.
- Większość związków kończy się przez brak rozmowy, co w efekcie rodzi nieporozumienia na wielu płaszczyznach.
- Skarbie, to niezbyt dobry moment na przypominanie o takich sprawach, ale wiesz dobrze kiedy i gdzie najlepiej nam się rozmawia, prawda?
   Skinął głową, jakby coś takiego rzeczywiście miało miejsce. Zarumieniłam się.
- ­­A więc cieszycie się, że uratowaliśmy was przed spędzeniem najnudniejszego dnia w historii waszego życia?
- Macie coś do naszych planów? – Ginny posłała Blaise’owi oburzone spojrzenie. Wyglądała niezwykle zabawnie, dlatego też cała nasza trójka wybuchła śmiechem, co zaowocowało posłaniem nam jeszcze groźniejszej miny – oczywiście w jej mniemaniu.
- Dobra, dobra – rozłożył bezradnie ręce. – Po prostu Draco od samego rana suszył mi głowę, bo Hermiona nie chciała…
- Widzisz, ruda – Malfoy zignorował kolejne złowrogie spojrzenie Ginny. Odłożył plastikowe sztućce i podparł głowę na splecionych dłoniach. – Zaproponowałem Granger, żeby się do mnie wprowadziła. Myślimy już bardzo poważnie o naszej przyszłości, przynajmniej tak mi się wydawało do tamtego momentu. Jak się możesz domyślić – odmówiła – westchnął. Nie wtrącałam się, ponieważ chciałam się dowiedzieć jak cudowną bajką tym razem zostaniemy poczęstowani. – To nie tak, że ja już koniecznie chcę ją zaobrączkować i zmusić do zmiany papierów, żeby mogła skorygować nazwisko. Na wszystko przyjdzie czas. Ale sądzę, że widujemy się niezbyt często, a to nie sprzyja związkowi. Z Potterem macie już własne gniazdko, czemu więc ja nie mogę też być szczęśliwym?
- Sądziłam, że ludzie o twojej pozycji społecznej i takim zawodzie powinni być troszeczkę bardziej rozgarnięci – nie miałam już siły na kontynuowanie przekomarzań.
- Odnośnie mojej pracy… chciałbym z tobą o czymś istotnym porozmawiać, jednak sądzę, że nie jest to odpowiedni moment na tego typu dyskusje – skinął głową. Był bardzo poważny, co mnie w pewnym stopniu zdziwiło. Potrafił w dosłownie jednym momencie zmienić całkowicie swoje nastawienie. Cudowna cecha, najpewniej w świecie prawników i adwokatów bardzo pożądana. – Mogłabyś jutro do mnie przyjechać? Lub możemy oczywiście wstąpić do jakiejś kawiarni, decyzję pozostawiam tobie.
- Umówimy się później – przygryzłam delikatnie wargę.
- Malfoy – Ginny postanowiła kontynuować wcześniejszy temat. I ty Brutusie przeciwko mnie? – Postaram się z nią porozmawiać i dopomóc waszemu szczęściu.
- Byłbym ci bardzo wdzięczny – zaśmiał się.
   Przez chwilę jedliśmy w milczeniu. Blaise skończył jako pierwszy, co było do przewidzenia, gdyż spośród całej naszej czwórki odzywał się najrzadziej. Kiedy wszyscy skończyli, spojrzałam w niebo z rozmarzeniem.
- To nie pora na spadające gwiazdy, ale doceniam twoje romantyczne starania – Malfoy złapał mnie za dłoń, jednak gwałtownie wyrwałam ją z jego uścisku. Niedoczekanie!
- Gdybym kiedykolwiek wierzyła w takie bzdury to moje marzenia byłyby dość przyziemne, bo najważniejsze już osiągnęłam. Jest to zamknięte w siedzącej obok mnie osobie – spojrzałam znacząco na Ginny. Rudowłosa była delikatnie przechylona, gdyż głaskała Zgredka, ale kiedy usłyszała co powiedziałam, niemal uderzyła głową w stół.
- Granger, nie sądziłam, że z ciebie taka romantyczna dusza – powiedział Malfoy z uznaniem.
- Będzie czas, żeby się lepiej poznać moi mili – przerwał Blaise. – Może pójdziemy nad wodę? Nie wiem jak was, ale mnie zachęcają te krzyki dzieciaków – rozmarzył się.
- Przepraszam bardzo, ale mamy tutaj adwokata, także liczyłabym się ze słowami. Krzyki dzieci… Blaise, jesteś pewien, że wszystko z tobą w porządku? – Ginny z udawanym przerażeniem spojrzała na ciemnowłosego. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów.
- No nie! – oburzył się. – Malfoy’em zamierzasz mnie straszyć?
- Malfoy’em? – blondyn oburzył się. – Kim dokładniej?
- Widzisz tu kogoś innego z nazwiskiem Malfoy? – Ginny przygryzła wargę. Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, krzyknęła z triumfalną miną: - Aa, wiem, o co ci chodzi!
   Nie trzeba było być nad wyraz spostrzegawczym, aby domyślić się, że poddała się „zabawie” i nazwisko blondyna dopasowała do mojego imienia.
- Blaise, ja chętnie pójdę z tobą nad wodę – powiedziałam, zamykając poprzedni temat. – Tylko myślę, że najpierw powinniśmy tutaj posprzątać.
- Chcecie mnie zostawić, tak? – rudowłosa skrzyżowała ręce na piersi. – Dobra, dobra, idźcie. Zostawcie mnie tutaj samą, niech przybiegną jakieś krzyczące dzieci…
- Weasley, spokój proszę – powiedział zdecydowanie Malfoy. – Zaraz poradzimy sobie z problemem…

   Istotnie, poradziliśmy sobie wybornie. Wcześniej zapakowaliśmy oczywiście wszystko do samochodu Malfoy’a – swoją drogą, kompletnie nie miałam pojęcia jakim cudem udało nam się zmieścić – zostawiając Ginny na kocu. Gdy wróciliśmy, Zgredek zajęty był zabawą z gumowym misiem, natomiast rudowłosa opierała się na łokciach i miała zamknięte oczy.
   Nim zdążyłam zareagować i pomóc przyjaciółce, Blaise pochylił się nad nią i przerzuciwszy sobie przez ramię, zaczął kierować w stronę wody.
   Stałam z otwartymi szeroko ustami. Widziałam przerażenie w oczach Ginny, ale jednocześnie… rozbawienie mające w najbliższym czasie zostać uwypuklone w postaci udawanej złości. Nie wyrywała się, jednak wiedziałam, że najzwyczajniej w świecie się bała. Harry najpewniej nigdy nie postąpiłby w stosunku do niej w podobny sposób i sama nie wiedziałam już czy to dobrze, czy źle.
- Jak dzieci – Malfoy zaśmiał się i podążył ich śladem. Po chwili zatrzymał się jednak uświadomiwszy sobie, że nie idę za nim. – Jeśli nie zamierzasz się ruszyć to ja chętnie pomogę…
- Niedoczekanie – pokręciłam głową i schyliłam się, by pogłaskać Zgredka. Piesek zaszczekał radośnie i pobiegł do Malfoy’a, który zacmokał, aby go przywołać.
   Usłyszałam krzyk Ginny. Muszę przyznać, że się nieco wystraszyłam, jednak gdy tylko spojrzałam na brzeg… wybuchłam śmiechem.
   Blaise wziął rudowłosą na plecy i wszedł do głębokości swojej klatki piersiowej. Byli dość daleko, jednak znajdowałam się w dostatecznej odległości, by móc dostrzec zaciekawione głowy wypoczywających zwrócone w ich stronę.
- Granger, chyba zaraz zacznę im zazdrościć.
- Mógłbyś mi chociaż nakreślić o czym zamierzasz ze mną porozmawiać?
   Pokręcił głową.
- Nie psujmy sobie humoru tym bardziej, że dawno nie spędziłem tak fajnego dnia.
   Zmarszczyłam czoło. Kiedy znaleźliśmy się przy wodzie, zdjęłam buty i zostawiłam przy brzegu, by móc pospacerować z zanurzonymi nogami. Ginny śmiała się, ale jej szczere wybuchy radości przeplatane były groźnymi krzykami mającymi teoretycznie zniechęcić Blaise’a do „traktowania jej w tak niegodziwy sposób”.
   Ludzi było bardzo dużo, jednak większość – tak jak i my wcześniej – w większym gronie znalazła spokojne miejsce w pewnej odległości od wody i grillowali. Nikt nie zwracał więc uwagi na obcych ludzi, dlatego też w pierwszej chwili, gdy poczułam czyjąś rękę na swojej talii, nie zareagowałam. Sądziłam, że być może ktoś przypadkowo mnie dotknął.
- Witam, skarbie. Może jakieś ostatnie życzenie przed sądem ostatecznym?
   Malfoy. Kogo innego mogłam się przecież spodziewać?
- Ostatni całus?
- Ja chętnie – zaśmiał się. – Granger, wiesz… podobasz mi się, kiedy jesteś mokra.
- Ale ja nie jestem… - zamilkłam. Przygryzłam delikatnie wargę i westchnęłam. Wiedziałam już na co się przygotować.
- Może czas to zmienić?
   Bieganie w wodzie nie jest co prawda trudne, jednakże Malfoy cały czas mnie trzymał i nim zdążyłam się oddalić, już byłam na jego rękach.
- Puść mnie, Malfoy! – próbowałam się wyrwać, gdyż blondyn wchodził coraz głębiej.
- Pani życzenie jest dla mnie rozkazem – powiedział, gdy byłam już niemal całkowicie zanurzona.
- Teraz?! Ogłupiałeś?
   Niestety moje słowa nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Zdążyłam jeszcze nabrać powietrza i zacisnąć oczy.
   Będąc pod wodą stwierdziłam, że odpłynę na pewną odległość. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że najpewniej nie wystraszę Malfoy’a ewentualnym brakiem umiejętności pływaka.
   Kiedy się wynurzyłam i próbowałam przetrzeć oczy, usłyszałam nieco przerażony krzyk Ginny.
- Hermiona, uważaj!!!

_________________________
Rozdział spóźniony, wolę się nawet nie wypowiadać o ile. Niestety choruję na brak czasu i to w zaawansowanym stopniu.
Nie jestem z niego zbyt zadowolona, ale ogólnie rzecz biorąc to ostatnio bardzo krytycznie patrzę na siebie, także może - mam nadzieję - nie jest aż tak źle.
Jeżeli mam u Was jakiekolwiek zaległości to jutro będę nadrabiała :*